piątek, grudnia 11, 2009

Excuse me

Sam nie wiem jak to się stało, że całe dwa miesiące nic nie pisałem. Najwidoczniej podczas drogi na uczelnię nie przejechał mnie autobus skoro teraz piszę te słowa ]:) Brak nowych wpisów mogę w zasadzie zwalić tylko na 3 rzeczy:
  1. zepsuł mi się laptop
  2. byłem zawalony pracą
  3. mam dziewczynę
O ile punkty 1 i 2 nie są usprawiedliwieniami, o tyle moja dziewczyna aktualnie zabiera większą część mojego czasu wolnego. No dobrze. Będę szczery i przyznaję się do winy - jestem leniwy i ostatnio mi się nie kleiły ręce do pisania. Postawiłem, więc sobie postanowienie grudniowe - zadbać o organizację swojego czasu, powalczyć z zimowym rozleniwieniem i napisać kilka notatek. Następna już niebawem tzn. po kilku ostatnich beta testach kodu.

wtorek, września 08, 2009

GPRS on Linux Part 2 - Bluetooth

Było o GPRS przez USB, a teraz czas zabawić się znów Bluetooth'em. Konkretnie to profilem DUN. W tym celu potrzebny będzie włączony protokół rfcomm (ot, taki sobie emulowany port szeregowy, tylko że bezprzewodowy). Zakładam, że BT już zostało skonfigurowane i urządzenia zostały sparowane. Teraz przyda się polecenie sdptool wchodzące w skład pakietu bluez.
# sdptool search DUN
Inquiring ...
Searching for DUN on 00:XX:XX:XX:XX:EA ...
Service Name: Dial-up Networking
Service RecHandle: 0x10002
Service Class ID List:
  "Dialup Networking" (0x1103)
  "Generic Networking" (0x1201)
Protocol Descriptor List:
  "L2CAP" (0x0100)
  "RFCOMM" (0x0003)
    Channel: 2
Profile Descriptor List:
  "Dialup Networking" (0x1103)
    Version: 0x0100
Polecenie odpytało wszystkie znajdujące się pobliżu urządzenia BT czy dostarczają usługi Dialup Networking. Jak widać laptop znalazł moją komórkę i wykrył, że może ona działać jako modem używając protokołu rfcomm na kanale 2. Informacja odnośnie kanału na którym pracuje telefon, będzie nam potrzebna. Edytujemy plik /etc/bluetooth/rfcomm.conf wpisując zdobyte informacje.
#
# RFCOMM configuration file.
#

rfcomm0 {
#       # Automatically bind the device at startup
        bind yes;
#
#       # Bluetooth address of the device
        device 00:XX:XX:XX:XX:EA;
#
#       # RFCOMM channel for the connection
        channel 2;
#
#       # Description of the connection
        comment "Lightnirs SE k550";
}
Teraz restartujemy demona bluetooth, aby zastosować zmiany. # /etc/rc.d/bluetooth restart Do komórki będziemy odwoływać się jako urządzenia /dev/rfcomm0. Podobnie jak w przypadku GPRS poprzez USB będą nam potrzebne dwa pliki - jeden do negocjacji połączenia, a drugi do ustawień pracy modemu. Pierwszy plik (/etc/ppp/chat-era) wygląda dokładnie tak samo jak w wersji GPRS poprzez USB, co jest logiczne skoro dostawca internetowy jest ten sam. Ponieważ tym razem modem to inne urządzenie (z punktu widzenia systemu), więc wymaga nieco innych ustawień. Utworzyłem sobie taki oto plik konfiguracyjny /etc/ppp/peers/erabt
/dev/rfcomm0
115200
defaultroute
usepeerdns
crtscts
lock
hide-password
holdoff 3
maxfail 3
ipcp-accept-local
lcp-echo-failure 12
noauth
novj
novjccomp
persist
mtu 1500
mru 1500
linkname erabluetooth
#nodetach
#debug
connect '/usr/sbin/chat -v -f /etc/ppp/chat-era'
Teraz o ile użytkownik posiada odpowiednie uprawnienia (por. "GPRS on Linux Part 1 - USB") może nawiązać połączenie wykonując sudo pon erabt Analogicznie by się rozłączyć wpisujemy sudo poff erabt. Na koniec jeszcze małe zestawienie wad i zalet GPRS przez USB oraz Bluetooth. Zaletą Bluetooth niewątpliwie jest wygoda użytkowania, bo nie trzeba nosić ze sobą dodatkowego kabla by podłączyć telefon. Niestety technologia Bluetooth w porównaniu z np. z Zigbee działającym na tym samym paśmie jest naprawdę prądożercza i zakłada, że urządzenia BT będą w miarę często ładowane. Nie jest to więc optymalne rozwiązanie jeśli jesteśmy w szczerym polu i laptop posiada nie w pełni naładowaną baterię. Wariant z USB jest bardziej korzystny, ale telefon posiada ustawienia fabryczne, które włączają automatyczne ładowanie akumulatora podczas połączenia USB. Całe szczęście można to wyłączyć korzystając z ukrytego menu serwisowego. By się do niego dostać w telefonach Sony Ericsson trzeba wystukać następującą sekwencję na klawiaturze → * ← ← * ← *, gdzie strzałki to ruchy joysticka. W menu serwisowym wybieramy "Ustawienia usług" -> "Ładowanie wył."

Ach, aż mam ochotę wybrać się gdzieś na łono natury. Tylko ja, świeże powietrze, rower, laptop i komórka... ]:)

sobota, września 05, 2009

GPRS on Linux Part 1 - USB

Jak już się bawię tym moim telefonem pod pingwinem to opiszę jeszcze jak można z niego korzystać jako modemu zarówno pod USB, jak i pod Bluetooth. Osobiście uważam to za dość przydatną funkcję, bo już parę razy zdarzyło mi się, że byłem gdzieś głęboko w sercu borneańskiej dżungli i musiałem nagle wysłać kilka ważnych maili, albo zrobić przelew. Przejdźmy jednak do konkretów. Podpięcie SE k550 za pomocą kabla USB do komputera powoduje wykrycie go jako dwóch urządzeń szeregowych: /dev/ttyACM0 i /dev/ttyACM1.
# dmesg | tail
usb 2-2: new full speed USB device using uhci_hcd and address 9
usb 2-2: configuration #3 chosen from 1 choice
cdc_acm 2-2:3.1: ttyACM0: USB ACM device
cdc_acm 2-2:3.3: ttyACM1: USB ACM device
cdc_wdm 2-2:3.7: cdc-wdm-176: USB WDM device
usb0: register 'cdc_ether' at usb-0000:00:1d.0-2, CDC Ethernet Device, 02:80:37:09:03:00
Po podpięciu kabla na telefonie wybieramy "Połączenie USB: Tryb telefonu". Teraz pozostaje jedynie konfiguracja komputera. Niezależnie od metody połączenia (USB, BT) i używanego programu trzeba najpierw skonfigurować sposób negocjowania połączenia zależny od naszego dostawcy. Ponieważ posiadam telefon w Erze utworzyłem sobie plik /etc/ppp/chat-era, który wygląda następująco:
TIMEOUT 5
ECHO OFF
ABORT 'BUSY'
ABORT 'NO ANWSER'
ABORT 'ERROR'
ABORT 'NO CARRIER'
SAY "Ustawianie polaczenia...\n"
'' 'ATZ'
SAY "Ustawiam APN\n"
OK 'AT+CGDCONT=1,"IP","erainternettt"'
SAY 'Wydzwaniam...\n'
OK 'ATD*99***1#'
SAY "Czekam na polaczenie....\n "
CONNECT ""
SAY "POLACZONO. Milej zabawy ]:)\n"
Wytłuszczony fragment jest loginem jaki używamy w danej sieci komórkowej. W Tak Taku jest to "erainternett", w Plusie "www.plusgsm.pl", a w Orange i Play "internet". Następnie zabieramy się za utworzenie pliku konfiguracyjnego dla wywoływania połączenia. Mój /etc/ppp/peers/era wygląda tak:
/dev/ttyACM0
115200
noipdefault
usepeerdns
defaultroute
crtscts
lock
hide-password
holdoff 3
ipcp-accept-local
lcp-echo-failure 12
noauth
novj
novjccomp
persist
#nodetach
#debug
connect '/usr/sbin/chat -v -f /etc/ppp/chat-era'
W zasadzie najważniejsze są cztery pierwsze wiersze oraz ostatni. /dev/ttyACM0 jest ścieżką do modemu, 115200 jest szybkością transferu (baud rate) do urządzenia szeregowego(modemu), noipdefault ustawia oczekiwanie na przydzielenie nam adresu IP przez dostawcę, a usepeerdns włącza pobranie adresów serwerów DNS od dostawcy. W ostatnim wierszu zdefiniowany został sposób w jaki negocjowane ma być połączenie, czyli w tym wypadku program chat pobiera stosowne komendy wywoławcze modemu z utworzonego wcześniej pliku /etc/ppp/chat-era. Wiersze za komentowane są przydatne w poszukiwaniu przyczyny niepowodzenia podczas połączenia - nodetach wyłącza wybieranie jako proces w tle, dzięki czemu można śledzić stan negocjacji połączenia w konsoli, a debug jak sama nazwa wskazuje włącza odrobaczanie. Ostatnią rzeczą jaką należy zrobić to pozwolić użytkownikowi na wykonanie połączeń. W systemach unixowych tak już jest, że interfejsy sieciowe normalnie może uruchamiać i zamykać tylko root. W innych przypadkach potrzebne jest polecenie sudo oraz stosowne wpisy w na liście sudoersów. Logujemy się na konto roota i uruchamiamy polecenie: # visudo Dopisujemy lightnir ALL=NOPASSWD: /usr/bin.pon, /usr/bin/poff, /usr/sbin/pppd a następnie zapisujemy i zamykamy(:wq). Dzięki temu użytkownik lightnir będzie mógł uruchamiać polecenia pon, poff oraz pppd na uprawnieniach roota bez pytania o hasło. Teraz aby nawiązać połączenie wystarczy jedynie wykonać polecenie: sudo pon era lub sudo pppd call era. Analogicznie, by się rozłączyć wykonujemy sudo poff era lub killall pppd.

wtorek, września 01, 2009

The Runes have spoken

ᚼᛒ
Czy powyższe dwie runy (Haglaz i Berkanan) są komuś znajome? W takim zapisie pewnie mało kto je widział na oczy. Wspomniane runy można jednak zapisać w formie runy łączonej, którą niejeden wielokrotnie widział w sklepie multimedialnym i bez problemu rozpoznaje. Chodzi oczywiście o biało-błękitne logo bluetooth. Tak jak Harald I Sinozęby zjednoczył Danię, Szwecję i Norwegię pod jedną koroną, tak technologia bluetooth pozwala na bezprzewodową współpracę wielu urządzeń poczynając od telefonów komórkowych, systemów nawigacji, komputerów, a kończąc na prostetycznych nogach. Jak pisałem wcześniej w końcu udało mi się zintegrować moją komórkę (SE k550) z laptopem (Philips X58) pod moim pingwinem (Archlinux, KDE 4). Postaram się pokrótce(albo i nie) opisać jak tego dokonałem. No to jedziemy.

Standardowo zabrałem się za instalację odpowiednich paczek. pacman -S bluez kbluetooth Krótkie wylistowanie urządzeń usb i widać, że sterownik do wbudowanego w laptopie modułu BT jest załadowany i urządzenie działa w trybie HCI (Host controller interface), ale o tym później. # lsusb|grep -i bluetooth
Bus 004 Device 002: ID 0a12:0001 Cambridge Silicon Radio, Ltd Bluetooth Dongle (HCI mode)
Następnie wyedytowałem plik /etc/conf.d/bluetooth odkomentując usługę HID. # Run the bluetooth HID daemon (default: false)
HIDD_ENABLE="true"
Oba urządzenia działają, sterownik jest, więc uruchomiłem usługę bluetooth. # /etc/rc.d/bluetooth start Szybki test za pomocą hcitool, czy aby wszystko idzie jak po maśle.
# hcitool dev
Devices:
        hci0    00:XX:XX:XX:XX:3C
Ok. A więc mam adres BT mojego laptopa. Następnie wyszukałem urządzeń BT (komórki).
# hcitool scan
Scanning ...
        00:XX:XX:XX:XX:EA       Lightnir
OK. No to mam adres BT komórki. Co ciekawe komputer widział telefon, ale wyszukiwanie laptopa za pomocą komórki nie działało. Jak się później dowiedziałem spowodowane było to przez ustawiony na laptopie tryb niewidoczności. Teraz tylko wystarczy sparować oba urządzenia. W tym celu trzeba wykonać połączenie z jednego urządzenia na drugie wykorzystując jeden z 26 profili BT. Ja zdecydowałem się na najprostsze z możliwych rozwiązań, a mianowicie użycie mojego telefonu jako urządzenia HID (Human Interface Device). Ten profil pozwala na korzystanie z komórki jako dodatkowej myszy/klawiatury. Jak wcześniej wspominałem moduł BT w laptopie działa w trybie HCI. By móc korzystać z telefonu w trybie HID potrzebny będzie odpowiedni demon - hidd. # hidd --connect 00:XX:XX:XX:XX:EA Po chwili na telefonie wyświetli się monit: "Nieznane prosi o udostępnienie telefonu jako pilota zdalnego sterowania. Zezwolić?". Z zezwoleniem jeszcze chwilę się wstrzymujemy, odpalamy kolejny terminal logując się na roota i uruchamiamy agenta parowania urządzeń pakietu bluez. # bluez-simple-agent Teraz na komórce zezwalamy na połączenie z laptopa, podajemy pin i zatwierdzamy. Ten sam pin wpisujemy w konsoli z uruchomionym bluez-simple-agent. Powinno to wyglądać mniej więcej tak:
bash-4.0# bluez-simple-agent
Agent registered
RequestPinCode (/org/bluez/3717/hci0/dev_00_XX_XX_XX_XX_EA)
Enter PIN Code: 123456
Authorize (/org/bluez/3717/hci0/dev_00_XX_XX_XX_XX_EA, 00001124-0000-1000-8000-00805f9b34fb)
Po sparowaniu urządzeń można wyłączyć agenta wciskając Control-C. W tej chwili mogę się połączyć z laptopa na komórkę, ale nie w drugą stronę. Wynika to z dwóch rzeczy: a) laptop jest niewidoczny jako urządzenie BT dla komórki oraz b) automatycznie nie zezwala na połączenia przychodzące z danego urządzenia.
Niestety nie znalazłem sposobu jak to obejść w trybie tekstowym, dlatego użyłem graficznej nakładki w środowisku KDE - kbluetooth4. Problem z tym, że w moim przypadku nie działała ona zaraz po instalacji i nie wiem, czy wynikało to z mojej przesiadki z kdemod3 na kdemod i jakiś zalegających wpisach w plikach konfiguracyjnych, czy też najzwyczajniej w świecie paczki zawierały błędy. Po części przyczyną kłopotów było to, że moje konto nie należało do grupy wheel (sudo, PAM i te sprawy...), więc je do niej dodałem. gpasswd -a lightnir wheel To oczywiście nie rozwiązało to problemu. Po trochę dłuższym dłubaniu w konsoli doszedłem do przyczyny problemu. Aplikacje KDE4 wymagają działającej usługi ConsoleKit. Teoretycznie ConsoleKit powinien być uruchamiany automatycznie przez dbus i dla każdego zalogowanego użytkownika automatycznie tworzyć sesje. Teoria teorią, ale praktyka pokazuje, że na moim systemie to nie działa tak z biegu. Oczywiście mógłbym ręcznie uruchamiać sesje consolekit ck-launch-session ale znalazłem inną solucję. Zmieniłem wpisy w /etc/inittab z:
# Boot to console
#id:3:initdefault:
# Boot to X11
id:5:initdefault:

...

# Example lines for starting a login manager
x:5:respawn:/opt/kde/bin/kdm -nodaemon
na:
# Boot to console
id:3:initdefault:
# Boot to X11
#id:5:initdefault:

...

# Example lines for starting a login manager
#x:5:respawn:/opt/kde/bin/kdm -nodaemon
oraz dodałem uruchamianie kdm jako demona w /etc/rc.conf DAEMONS=(syslog-ng dbus hal network bluetooth kdm @autowifi netfs @crond) Taka konfiguracja działa bezproblemowo. Uruchomiłem więc kbluetooth4 i skonfigurowałem resztę brakujących rzeczy. Przede wszystkim zmieniłem tryb pracy adaptera BT na laptopie z ukrytego na wykrywalny: A następnie ustawiłem akceptację połączeń przychodzących z komórki (Tasks -> Set Trusted). Teraz komunikacja telefon-laptop działa w obie strony. Czas zabawić się telefonem ]:) SE k550 posiada wbudowaną aplikację zwaną "Sterowanie zdalne", która korzysta właśnie z profilu HID BT. Domyślnie posiada ona 3 konfiguracje: Presenter, MediaPlayer oraz Desktop. Jak się można domyśleć służą one do sterowaniem za pomocą komórki prezentacją multimedialną, odtwarzaczem multimedialnym, czy też używaniem jej jako myszki wzbogaconej o kilka dodatkowych klawiszy. Jak to działa? W skrócie to klawiszom telefonu przypisane są zdarzenia (skróty klawiszowe, ruch myszki), które wysyłane są do komputera i tam przetwarzane tak jakby pochodziły z klawiatury/myszki. Mnie jednak nie zadowalają dostępne konfiguracje, więc postanowiłem sobie zrobić kilka własnych. Problem w tym, że nie ma dedykowanej dla Linuksa aplikacji generującej pliki konfiguracyjne, a używanie poprzez wine Windowsowego programu nie pozwala na złożone kombinacje klawiszy. Jeśli pobierzemy sobie pliki konfiguracyjne z komórki przekonamy się, że tak naprawdę są to tarowane archiwa posiadające rozszerzenie .hid. W środku znajduje się zdjęcie (dowolny format, który komórka rozpoznaje) oraz plik .kcf, który tak naprawdę jest plikiem XML. Przykładowo mój plik sterujący amarokiem wygląda następująco:
amarok.kcf(Toggle Plain Text)

 1
 2
 3
 4
 5
 6
 7
 8
 9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57
58
59
60
61
62
63
64
65
66
67
68
69
<!-- Lightnir was hare ]:) -->
<SONY_ERICSSON_REMOTE_CONTROL_CONFIGURATION VERSION = "1.0">
  <KEYMAP>

    <KEY_JOY>
      <ACTION>
        <KEYBOARD MODIFIERS = "0A" USAGEID = "2B"/> <!-- Focus Player -->
      </ACTION>
    </KEY_JOY>
    <KEY_CAM>
      <ACTION>
        <KEYBOARD MODIFIERS = "08" USAGEID = "06"/> <!-- PLAY -->
      </ACTION>
    </KEY_CAM>
    <KEY_1>
      <ACTION>
        <KEYBOARD MODIFIERS = "0A" USAGEID = "2D"/> <!-- REWIND -->
      </ACTION>
    </KEY_1>
    <KEY_2>
      <ACTION>
        <KEYBOARD MODIFIERS = "08" USAGEID = "06"/> <!-- PLAY -->
      </ACTION>
    </KEY_2>
    <KEY_3>
      <ACTION>
        <KEYBOARD MODIFIERS = "0A" USAGEID = "2E"/> <!-- FAST FORWARD -->
      </ACTION>
    </KEY_3>
    <KEY_4>
      <ACTION>
        <KEYBOARD MODIFIERS = "08" USAGEID = "1D"/> <!-- PREV -->
      </ACTION>
    </KEY_4>
    <KEY_5>
      <ACTION>
        <KEYBOARD MODIFIERS = "08" USAGEID = "19"/> <!-- STOP -->
      </ACTION>
    </KEY_5>
    <KEY_6>
      <ACTION>
        <KEYBOARD MODIFIERS = "08" USAGEID = "05"/> <!-- NEXT -->
      </ACTION>
    </KEY_6>
    
    <KEY_STAR>
      <ACTION>
        <KEYBOARD MODIFIERS = "0A" USAGEID = "1C"/> <!-- RANDOM -->
      </ACTION>
    </KEY_STAR>

    <KEY_HASH>
      <ACTION>
        <KEYBOARD MODIFIERS = "08" USAGEID = "10"/> <!-- MUTE -->
      </ACTION>
    </KEY_HASH>

    <KEY_VOL_UP>
      <ACTION>
        <KEYBOARD MODIFIERS = "08" USAGEID = "2E"/> <!-- VOL UP -->
      </ACTION>
    </KEY_VOL_UP>
    <KEY_VOL_DOWN>
      <ACTION>
        <KEYBOARD MODIFIERS = "08" USAGEID = "2D"/> <!-- VOL DOWN -->
      </ACTION>
    </KEY_VOL_DOWN>
  </KEYMAP>
</SONY_ERICSSON_REMOTE_CONTROL_CONFIGURATION>
Jak widać plik .kcf zawiera serię wpisów o podobnej treści. Dla przykładu:
1
2
3
4
5
    <KEY_2>
      <ACTION>
        <KEYBOARD MODIFIERS = "08" USAGEID = "06"/> <!-- PLAY -->
      </ACTION>
    </KEY_2>
Taki wpis oznacza, że wciśnięcie na telefonie klawisza "2" generuje skrót klawiszowy Win+C, który tak się akurat składa jest globalnym skrótem klawiszowym w amaroku, który uruchamia odtwarzanie. Wartość wpisu "MODIFIERS" określa kombinację klawiszy modyfikujących (Alt, Ctrl, Shift, GUI). W tym wypadku szesnastkowe "08" odnosi się do lewego klawisza GUI, czyli po prostu Win. Szczegółowy opis można znaleźć w dokumentacji HID dla Sony Ericssonów (str. 18). Z kolei wartość USAGEID określa wciśnięty niemodyfikujący klawisz na klawiaturze, w tym wypadku C. Wartości USAGEID można sobie wyszukać w oficjalnej dokumentacji USB HID począwszy od strony 53. Teraz wystarczy tylko stworzyć sobie plik amarok.hid tar -cvvf amarok.tar amarok.kcf amarok.jpg
mv amarok.tar amarok.hid
i wysłać go na telefon używając OBEX. Telefon automatycznie rozpozna format i doda do obecnych konfiguracji aplikacji "Sterowanie zdalne". Mam nadzieję, że tekst okaże się pomocny nie tylko mnie jako "przypominajka".

Pozdrawiam runicznie,
ᛚᛁᚷᚼᛐᚿᛁᚱ

niedziela, sierpnia 30, 2009

Bad luck

Odnoszę wrażenie jakbym miał swoje najlepsze lata za sobą. Kiedyś nowe pomysły wyciągałem tak po prostu z rękawa. Chodziłem po wodzie. Czasem wzbijałem się w powietrze na czarnych skrzydłach. Przeniosłem górę. Dwa razy. Lewą ręką. W jedną noc potrafiłem z drobną pomocą kofeiny stworzyć cud. Normalnie cud, tylko taki świecki.

A teraz co? Chciałbym napisać, że ostatnio też robiłem coś naprawdę cool, ale nie mam o czym. Wakacyjny leń i stagnacja. Ostatnio czego bym nie wziął w swoje dłonie zawsze się rozsypywało. Od półtora miesiąca próbowałem zbudować programator AVR. Najpierw pod port LPT, a potem pod COM. Oczywiście nic z tego nie wyszło i przy moich próbach padł zasilacz z kompa i chyba spaliłem cztery atmegi, chociaż podczas ostatnich prób "coś drgnęło" i komp je rozpoznał. Jak się wkurzę to w końcu kupię sobie na allegro taki pod usb. Do tego walczę z ustawieniami na chochliku2 po przejściu z kdemod3 na kdemod(KDE 4.2), a na mojej uczelnianej maszynie po upgradzie systemu padło montowanie przez NFS. Grrr... Mam ochotę wyjść z siebie i stanąć obok. Ale pewnie i to by nie pomogło. Jedyną rzecz jaką udało mi się ostatnio zrobić to zintegrować laptop z komórką za pomocą bluetooth pod pingwinem, co nie było łatwe zważywszy, że w większości robiłem to z poziomu konsoli. Hmmm. W sumie to by się nawet nadawało jako materiał na następny wpis... Chyba mi znów moje ciemne informatyczne moce powracają.

wtorek, lipca 28, 2009

Ida of Lorraine

Z cyklu: "Rozmowy szalonych naukowców podczas piwa".
A: 1040.
D: Ida Lotaryńska.
L: ?
A: Ida Lotaryńska, księżniczka lotaryńska, nota bene błogosławiona, żona hrabiego Boulogne.
L: ?
D: Uczyliśmy się spektroskopii i żeby zapamiętać pasmo rozciągające C-O dla bezwodników sprawdziliśmy na Wikipedii kto się urodził w 1040r.
A: Na egzaminie nam to się średio przydało, ale przynajmniej się nauczyliśmy trochę historii.

środa, lipca 01, 2009

Bait

Przetrzemy trochę ten kurz. Te pajęczyny też. O proszę! Od razu lepiej. No to teraz znów mogę przez parę tygodni tutaj nic nie pisać... ]:)


Prawdę powiedziawszy to ostatnio nie pisałem, bo nie miałem na czym. Laptop mi świrował, więc zaniosłem go do serwisu. Jak się okazało dysk umierał śmiercią naturalną, a grafika po kilku godzinach użytkowania też wykazywała pewne anomalie (monitor urządzał sobie małe techno party). Tak czy inaczej po raz kolejny pracuję na innym laptopie. Tym razem jest to Philips X58 i mam nadzieję, że mi posłuży dłużej niż poprzedni acerek. Ta maszyna nie ma niestety wbudowanej kamerki internetowej ani irdy, ale za to ma bluetooth i co dla mnie było najważniejsze - kartę graficzną nVidii. Jak każdy sprzedawany laptop także i ten miał preinstalowaną Vistę. Postanowiłem sobie ten system zatrzymać i się przekonać na własnej skórze dlaczego tak dużo ludzi na niego narzeka. Wiem, że to dziwnie zabrzmi tym bardziej, że za niedługo ukaże się Windows 7, ale nigdy osobiście jeszcze nie pracowałem na Viście. W tym momencie moja informatyczna ciekawość zwyciężyła nad "linuksowym wypaczeniem". Ale nie był bym sobą, gdybym nie postawił na tej maszynie mojego ulubionego Linuksa. W tej chwili zamiennie używam środowiska KDEmod3 i KDEmod4 bawiąc się wszystkimi wodotryskami jakie można włączyć dzięki akceleracji 3D. I to mnie sprowadza do tematu notki. Szperając trochę po sieci natrafiłem na dość ciekawy filmik:



Jak widać ludzie niewiele się różnią od ryb. Wystarczy odpowiedni haczyk i przynęta, a rybki biorą. Wystarczy pokazać trochę efektów 3D i ludzie są zachwyceni systemem. Tak było z areo w Viście. Tak jest z plazmą w KDE4 i tak będzie w Windows 7. A o iPhone nawet nie wspomnę.

wtorek, czerwca 09, 2009

Catalyst on Archlinux

Recently I bought myself a laptop - Acer Aspire 5670 - with a ATI Radeon Mobility x1400 graphic card. Although the open-source drivers radeon and radeonhd worked I was still unsatisfied with their performance. So I had to go the long, stony road of installing ATI's proprietary Catalyst driver. Why long and stony? Because ATI dropped support for my graphic card (I think since Catalyst 9.4). As a long-time NVIDIA user on a Linux box I was used to that regardless if it was an old GeForce 3 or an GeForce 9600 GSO that I'm currently using on my pc the drivers worked perfectly. All that TV-out, cloning, TwinView etc. worked on the fly. On this laptop however, everything xorg & drivers related that you could possibly imagine to go wrong, went wrong since the beginning. But finally I managed to make everything to work as I wanted. Here's how I did it. I encountered two major problems so I had to ask myself:
  1. How do I fix the wrong DPI settings?
  2. How do I install a working for my card catalyst driver?
What do I mean by "wrong DPI"? It's better I explain It by showing a screenshot of my desktop. Those really big fonts are actually icon labels. And yes, that thing that takes more then the half of the panel is the clock. Well, actually it's only 1/8 of the clock... I experienced this with both the proprietary and the open-source drivers. To fix this I followed the ArchWiki entry on Xorg. First I modified /etc/X11/xinit/xserverrc so it now looks so: exec /usr/bin/X -nolisten tcp -dpi 96 This didn't help. After adding this two entries to xorg.conf
Section "Device"
 Identifier "Card1"
        ...
        Option   "NoDDC" "true"
        ...
EndSection

Section "Monitor"
        Identifier "Monitor0"
        ...
        DisplaySize 336 210 # 96 DPI @ 1280x800
        ...
EndSection
and restarting X my desktop finally looked normal again. Now for the difficult part - installation of catalyst. There are two packages in the AUR I've downloaded - catalyst-old and catalyst-utils-old. The problem is they depend on xorg-server-1.5, but currently there is a newer version, xorg-server-1.6, in the repositories. I tried to figure out how to downgrade when I stumbled on the Project ARM site. ARM stands for Arch Rollback Machine. It's a mirror that syncs every day with other mirrors but keeps the old packages so a rollback can be made very easy. Package snapshots are ordered by date. I wanted to revert my xorg packages to the state of this years April's Fools Day and because xorg packages are in the extra repo all I had to do was make some temporary changes in /etc/pacman.conf.
#[extra]
# Add your preferred servers here, they will be used first
#Include = /etc/pacman.d/mirrorlist

[extra::2009-4-1]
Server = http://arm.kh.nu/$repo/os/i686/
After that I had to remove the xorg-server package # pacman -Rd xorg-server and synchronize with the new mirror # pacman -Sy xorg-server xf86-input-keyboard xf86-input-mouse xf86-video-v4l After that I restored the original pacman.conf file and added xorg-server to the list of ignored packages
# Pacman won't upgrade packages listed in IgnorePkg and members of IgnoreGroup
IgnorePkg   = xorg-server libgl                                                   
IgnoreGroup = xorg
Then I builded the two packages from AUR and was almost ready to go. Just a quick new Device section entry in /etc/X11/xorg.conf
Section "Device"
        Identifier  "Card0"
        Driver      "radeonhd"
        VendorName  "All"
        BoardName   "All"
EndSection

Section "Device"
        Identifier  "Card1"
        Driver      "fglrx"
        VendorName  "ATI Technologies Inc"
        BoardName   "Radeon Mobility X1400"
        BusID       "PCI:1:0:0"
        Option      "NoDDC" "true"
        Option      "Centermode" "off"
        Option      "VideoOverlay" "on"
        Option      "OpenGLOverlay" "off"
        Option      "OverlayOnCRTC2" "0"
        Option      "PseudoColorVisuals" "off"
        Option      "UseFastTLS" "off"
EndSection

Section "Screen"
        Identifier "Screen0"
        Device     "Card1"
        ...
EndSection
With all that trouble with the drivers I decided to have two Device sections - one for the proprietary and one for the open-source driver - just in case something goes wrong again. Ok, here is a summary of the performance of those 3 drivers: radeon (xf86-video-ati)
[lightnir@chochlik2 ~]$ glxgears
Xlib:  extension "Generic Event Extension" missing on display ":0.0".
Xlib:  extension "Generic Event Extension" missing on display ":0.0".
3990 frames in 5.0 seconds = 797.868 FPS
4216 frames in 5.0 seconds = 843.131 FPS
4220 frames in 5.0 seconds = 843.895 FPS
4437 frames in 5.0 seconds = 887.220 FPS
4117 frames in 5.0 seconds = 823.276 FPS
4162 frames in 5.0 seconds = 832.351 FPS
radeonhd (xf86-video-radeonhd)
[lightnir@chochlik2 ~]$ glxgears
Xlib:  extension "Generic Event Extension" missing on display ":0.0".
493 frames in 5.0 seconds = 98.524 FPS
567 frames in 5.0 seconds = 113.289 FPS
564 frames in 5.0 seconds = 112.653 FPS
561 frames in 5.0 seconds = 112.165 FPS
567 frames in 5.0 seconds = 113.364 FPS
566 frames in 5.0 seconds = 113.013 FPS
583 frames in 5.0 seconds = 116.580 FPS
564 frames in 5.0 seconds = 112.645 FPS
fglrx (catalyst-old)
[lightnir@chochlik2 ~]$ glxgears
Xlib:  extension "Generic Event Extension" missing on display ":0.0".
Xlib:  extension "Generic Event Extension" missing on display ":0.0".
Xlib:  extension "Generic Event Extension" missing on display ":0.0".
Xlib:  extension "Generic Event Extension" missing on display ":0.0".
Xlib:  extension "Generic Event Extension" missing on display ":0.0".
Xlib:  extension "Generic Event Extension" missing on display ":0.0".
Xlib:  extension "Generic Event Extension" missing on display ":0.0".
Running synchronized to the vertical refresh.  The frame rate should be
approximately 1/1103892 the monitor refresh rate.
5782 frames in 5.0 seconds = 1155.215 FPS
5648 frames in 5.0 seconds = 1129.482 FPS
5983 frames in 5.0 seconds = 1196.399 FPS
6010 frames in 5.0 seconds = 1201.413 FPS
6024 frames in 5.0 seconds = 1204.585 FPS
5910 frames in 5.0 seconds = 1181.958 FPS
I also tested the catalyst driver performance with Neverwinter Nights Diamond Edition running in wine. The frame rate was about 25 FPS with full-screen and all graphic options set to max.

piątek, czerwca 05, 2009

one... two... three

Trójka to w wielu kulturach liczba magiczna. Jest liczbą pierwszą, liczbą Fibonacciego, liczbą Fermata oraz liczbą Mersenne'a. Przez wielu starożytnych filozofów poczytywana była za doskonałą. Pitagorejczycy wierzyli w istnienie trzech światów - Niższego, Wyższego, Najwyższego, a uczniowie Sokratesa i Platona wyznawali trzy wielkie zasady: Materię, Ideę, Boga. W wielu religiach bóstwa były związane z tą liczbą: Trójca Święta, Trimurti, 3 Mojry/Parki, Hekate itd. Żyjemy w przestrzeni trójwymiarowej. Atomy są zbudowane z trzech cząstek elementarnych. Możemy tak sobie wyliczać bez końca przykłady na obecność trójki w wszechświecie. Ja jednak skończę na przykładzie powiedzenia "do trzech razy sztuka". Czemu? Ano temu, że tyle razy w ubiegłym tygodniu instalowałem Linuksa na tym laptopie. Zrządzenie losu? Złośliwość rzeczy martwych? Błąd ludzki? Ja bym powiedział, że kombinacja wszystkich tych czynników. Przede wszystkim problemy zaczęły się od tego, że chciałem mieć Windowsa i Linuksa. Instalację Windows XP argumentowałem tak:
  1. tworząc strony internetowe muszę też sprawdzić jak wyglądają na takich gównianych przeglądarkach jak Internet Explorer 6
  2. mam słabość do Diablo 2 oraz Neverwinter Nights
Gdy kupiłem maszynę była na niej tylko jedna partycja zajmująca cały dysk. Jak dla mnie to chory pomysł chociażby ze względów utraty danych w przypadku zajechania win-grozy i konieczności formatowania partycji. Chciałem sobie ułatwić pracę z instalacją pingwina, więc poszedłem po najmniejszej linii oporu - chciałem skurczyć partycję NTFS używając stosownych narzędzi. Niestety jak się okazało dysk miał parę badsectorów i system się już nie podniósł po nieudanej próbie zmiany rozmiaru partycji. Olałem Windowsa i zainstalowałem Archa tworząc podczas instalacji miejsce na dwie partycje na potrzeby Windowsa (systemowa i dane). Zawsze przecież można zainstalować Windowsa później, prawda? A właśnie, że nie! Instalator Windows zawieszał się zaraz na starcie (czarny ekran). Zajęło mi to sporo czasu zanim doszedłem do tego czemu się tak dzieje (włączając w to wymontowanie dysku). Instalatorowi nie podobały się po prostu partycje stworzone przez cfdisk. Skończyło się na tym, że musiałem nadpisać MBR # dd if=/dev/zero of=/dev/sda bs=512 count=1 niszcząc sobie pieczołowicie skonfigurowanego pingwina tylko po to by przekonać się, że ten durny system po instalacji nie ma nawet sterowników do karty sieciowej. Wszystkie sterowniki musiałem pobrać na pingwinku. To właśnie w nim lubię - może nie być trybu graficznego, dźwięk może nie działać, pendrive'y mogą nie być montowane automatycznie, ale na działającym terminalu i sterownikach do kart ethernetowych można zawsze polegać. Co prawda jest to dość wyboista droga, ale jest ona do przejścia. W każdym razie teraz mam już oba działające systemy. Tak podsumowując. Dowiedziałem się na własnej skórze, dlaczego w przypadku dual-bootu należy instalować systemy poczynając od Windowsa, a kończąc na Linuksie. Szkoda po prostu nerwów i czasu.

sobota, maja 30, 2009

Chochlik2

Mam takie wrażenie, że trochę tego bloga ostatnio zaniedbuję, więc postaram się to w najbliższym czasie nieco nadrobić. Tym bardziej, że teraz mam już na czym pracować. Jak już tytuł wskazuje kupiłem sobie nowy laptop(no dobrze, nie całkiem nowy, ale w bardzo dobrym stanie) po tym jak mój poprzedni (chochlik) odmówił współpracy. Ponieważ domyślnie miałem zamiar postawić na nim Linuksa szukałem sobie sprzętu właśnie pod ten system. Ja tam wyznaję wojskową zasadę "adoptuj, adaptuj i ulepszaj" jeśli chodzi o maszyny na których pracuję, więc aż tak wybredny nie jestem. Kupując nową maszynę miałem jednak jeden warunek - karta graficzna ma być z nvidii. Z pośród tych modeli które mnie interesowały był naprawdę piękny Fujitsu z silną nvidią. Ale pech chciał, że podczas pokazu w serwisie po lekkim podładowaniu baterii i wyciągnięciu zasilania maszyna padła. Jak się okazało chyba uszkodziła się karta graficzna. Cóż za ironia, nieprawdaż? Po długim namyśle zdecydowałem się na model Acer Aspire 5670.

Plusy:

  • moduł bluetooth
  • moduł wifi
  • czytnik kart SD/MMC
  • irda
  • kamerka internetowa
  • szeroki ekran

Minusy:

  • karta graficzna z ATI
  • drobne pęknięcia obudowy
  • obudowa się grzeje co czuć na nadgarstkach podczas pisania
Zależało mi na tym, aby mieć mobilną stację roboczą. Bluetooth, wifi oraz webcam to zabawki z których się najbardziej cieszę, szczególnie z tej pierwszej, ponieważ jeszcze nie miałem okazji zabawić się tym pod pingwinem, a możliwości są naprawdę wielkie. Czemu karta ATI znalazła się na liście minusów? Radeon Mobility X1400 nie jest złą kartą, ale jak wiadomo w środowisku użytkowników Linuksa nie cieszy się takim poparciem jak konkurencyjne produkty nvidii. Podczas zakupu laptopa miałem wybór i wtedy powiedziałem coś z czego nadal się śmieję:
Karta Intela albo karta ATI? Hmm... To lepiej ATI - jest mniej problematyczne.
Teraz się z tego śmieję, bo jak się okazało postawienie gui na tej karcie pod Archlinuksem okazało się niezwykle problematyczne. Czemu? Po załadowaniu sterownika wartości dpi dla xorga duuużo różniły się od wartości jaką chciałem tj. 96. Ujmę to tak - widziałem już wiele rzeczy na komputerze, ale pierwszy raz menu podręczne, które zajmuje cały ekran z czcionką wielkości dużego palca u stopy... Zajęło mi to trochę czasu, ale już to działa w takim stopniu, że mogę pracować, chociaż jeszcze nie jestem jeszcze zadowolony z akceleracji. W każdym razie zanosi się na to, że trochę tu nowych wpisów wrzucę z moich zmagań z konfiguracją tej maszyny.

sobota, maja 16, 2009

Graphic card's spit out guts

Wczoraj zastrajkowała mi karta graficzna na chochliku, dając empiryczny dowód na poprawność prawa Murphiego. Nie żebym potrzebował teraz pilnie grafiki do zrobienia strony na przedwczoraj, czy coś w ten deseń... Ach, jak ja nie znoszę komputerów.

piątek, maja 15, 2009

Night walk

Im dłużej jestem w Gdańsku tym bardziej się nim zachwycam. Dziś wracając z imprezy w gronie chemików cudem złapałem ostatni tramwaj wracający do zajezdni. Resztę drogi do domu musiałem sobie przemaszerować. Kocham takie nocne spacery po mieście. Ta gra świateł i cieni oraz opustoszałe ulice mają dla mnie taki trudny do opisania urok. Ot, taka uczta dla zmysłów romantyka. Czasem podczas takich spacerów można dostrzec coś ciekawego, czego za dnia nie widać w natłoku pędzących ludzi i zgiełku samochodów. Ja podczas dzisiejszego spaceru poznałem tego oto gościa także lubującego się w nocnych przechadzkach: W moich rodzinnych stronach ostatniego jeża widziałem dobre ponad dziesięć lat temu, a tutaj proszę pobocze jednej z głównych ulic i taka niespodzianka.

niedziela, maja 10, 2009

Chemistry - connecting people

„I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem”. Jeszcze dochodzę do siebie po tej imprezie... Jak było? Kto nigdy nie był na "Szkole" organizowanej z ramienia ASSChemu temu na darmo opisywać tą konferencję, a kto był ten zapewne będzie chciał znów pojechać. To trzeba po prostu przeżyć. Te kilka dni w roku są dla mnie zawsze magiczne, a wracam zwykle wyczerpany fizycznie i psychicznie niosąc nowy bagaż doświadczeń. Tym razem w moim worku doświadczeń znalazło się pierwsze wystąpienie w języku angielskim. Osobiście uważam, że darem człowieka jest możliwość popełniania błędów i uczenia się z nich. Ta konferencja jest idealnym miejscem na takie wspólne uczenie się. Ta jubileuszowa Szkoła Chemii była moją szóstą i poniekąd czułem się trochę jak taki dinozaur (jak dobrze, że nie byłem jedynym dinozaurem) wśród tylu młodych adeptów czarnej magii, nauki tajemnej tudzież zwanej Chemią. Jak to mawia moja babka: "Duch ochoczy, ale ciało słabe". Przez ból pleców nie wyszalałem się na parkiecie tak jak bym chciał. No cóż, będę musiał zadbać trochę o swoje zdrowie zamiast siedzieć przed monitorem popijając kawę. Wracając do tematu. Jak to wyglądało z perspektywy takiego chemicznego "wapnogaszonka"? Szczerze powiedziawszy całkiem solidnie jeśli chodzi o organizację. Czułem jedynie drobny niedosyt jeśli chodzi dyskusje podczas sesji referatowych i posterowych. No, ale to akurat można odbić sobie w kuluarach ];) Ja podczas takich kuluarowych pogawędek nawiązałem kilka nowych znajomości (pozdrawiam chemików z Wrocławia) oraz odświeżyłem stare znajomości (pozdrawiam Wrocław i Poznań) wymieniając się doświadczeniami poczynając od tych życiowych, a kończąc na naukowych. Przy okazji się dowiedziałem kto tu czasem zagląda. Ha, teraz was mogę namierzyć ]:P A tak serio, to mam nadzieję, że się następnym razem spotkamy w podobnym gronie gdzieś na Podhalu.

czwartek, kwietnia 23, 2009

PPTA

Paskudna aura. Mokro po deszczu, zimno, a niebo szare. Odkąd wstałem chce mi się spać. Nawet kawa mnie nie obudziła. Mojej kotki pogoda nie rusza - śpi sobie smacznie zwinięta w kłębek. Ja tam próbuję być nieco produktywny, ale coś mi to słabo idzie. Na tą aurę przypomniała mi się pewna piosenka z związkiem chemicznym w tytule(nota bene, jak na chemika przystało to tych piosenek z związkiem chemicznym znam nawet sporo). Chodzi o PPTA, czyli poli(p-fenylotereftalanoamid) lepiej chyba znany z handlowej nazwy - Kevlar. Z braku ładu i składu w ten ospały dzień posłuchajmy sobie "Kevlar Soul" szwedzkiej grupy Kent.

poniedziałek, kwietnia 13, 2009

Imp on the balcony

Na święta znów przywiało mnie na opolski grunt. Tym razem na trochę dłużej. Ponieważ wybieram się z referatem w języku angielskim na XXX OSCh organizowaną z ramienia ASSChem mam podwójną motywację by podsumować moją dotychczasową pracę badawczą. Święta świętami, ale popracować też bym nad tym trochę chciał. Zabunkrowałem się więc z laptopem na balkonie. Znam na tyle swoją rodzinę, by nie mówić im gdzie się schowałem - najlepiej pracuje mi się jak wokoło nikt się nie kręci. Wyjątkiem jest moja kotka Hilda (patrz zdj. wyż.). Zwykle jestem w domu tylko na kilka dni, ale skoro mam trochę czasu to dziś zabrałem się za konfigurację domowej sieci opartej o neostradowy router Livebox. Topologia mojej sieci wygląda następująco: Komputer matki oraz siostry mają internet poprzez kartę ethernetową. Na moim komputerze stacjonarnym(developer) oraz laptopie(chochlik) używam na co dzień Archlinuksa z bezprzewodowym połączeniem do rutera. Do tej pory nie miałem czasu "babrać się w konfigach" na pingwinie, więc postawiłem sieć bezprzewodową z szyfrowaniem WEP. Tak, wiem - szyfrowanie sieci bezprzewodowej za pomocą WEP to jest prawie żadne zabezpieczenie, ale gdy to robiłem miałem inne rzeczy na głowie. Teraz postanowiłem to poprawić.

Playing with the fire

Nawet jeśli dziecku powiemy, że ogniem można się poparzyć, będzie się ono nim bawiło dopóki samo się nie oparzy i nie poczuje bólu. Z zabezpieczeniami komputerów jest podobnie. W zasadzie mamy je w d... domyśle dopóki się nam ktoś nie włamie, nie utracimy danych, nie zawirusujemy sobie maszyny... You get the point? Zgodnie z starą hackerską zasadą postanowiłem sprawdzić zabezpieczenia mojej domowej sieci... włamując się do niej! Bardzo się zdziwiłem wynikiem mojego eksperymentu (robiłem to po raz pierwszy). W pierwszej kolejności potrzebne mi były odpowiednie narzędzia - zainstalowałem więc pakiet aircrack-ng # pacman -S aircrack-ng i przystąpiłem do zabawy. Pierwszym krokiem jest przełączenie interface'u sieciowego(w moim wypadku jest to wlan0) z trybu zarządzanego(Managed) na tryb monitoringu(Monitor), co pozwala na nasłuchiwanie ruchu w sieci bezprzewodowej. Ja w tym celu uruchomiłem polecenie airmon-ng, które tworzy wirtualny interface mon0 działający w trybie monitoringu.
bash-3.2# airmon-ng start wlan0


Interface       Chipset         Driver

wlan0           Ralink 2573 USB rt73usb - [phy0]
                                (monitor mode enabled on mon0)

bash-3.2# iwconfig
lo        no wireless extensions.

eth0      no wireless extensions.

wmaster0  no wireless extensions.

wlan0     IEEE 802.11g  ESSID:""
          Mode:Managed  Frequency:2.427 GHz  Access Point: Not-Associated
          Tx-Power=27 dBm
          Retry min limit:7   RTS thr:off   Fragment thr=2352 B
          Encryption key:off
          Link Quality:0  Signal level:0  Noise level:0
          Rx invalid nwid:0  Rx invalid crypt:0  Rx invalid frag:0
          Tx excessive retries:0  Invalid misc:0   Missed beacon:0

mon0      IEEE 802.11g  Mode:Monitor  Frequency:2.427 GHz  Tx-Power=27 dBm
          Retry min limit:7   RTS thr:off   Fragment thr=2352 B
          Encryption key:off
          Link Quality:0  Signal level:0  Noise level:0
          Rx invalid nwid:0  Rx invalid crypt:0  Rx invalid frag:0
          Tx excessive retries:0  Invalid misc:0   Missed beacon:0
Kolejnym krokiem jest nasłuch ruchu sieciowego. Odpaliłem w tym celu airodump-ng z odpowiednimi opcjami: bash-3.2# airodump-ng -i -w zapis_ruchu -c 4 mon0
  • -i zapisuje tylko pakiety z IV'ami.
  • -w zapisuje pakiety do pliku (zapis_ruchu.ivs).
  • -c 4 włącza nasłuch odpowiedniego kanału wifi (na 4 działa moja sieć).
Wygląda to tak:

 CH  4 ][ Elapsed: 28 s ][ 2009-04-13 19:56

 BSSID              PWR RXQ  Beacons    #Data, #/s  CH  MB   ENC  CIPHER AUTH ESSID

 00:11:22:33:44:55  -66 100      270        0    0   4  54   WEP  WEP    OPN  LightnirsAP

 BSSID              STATION            PWR   Rate   Lost  Packets  Probe

By efektywnie łamać sieci szyfrowane za pomocą WEP trzeba przechwycić sporą ilość pakietów. Oczywiście istnieją techniki do generowania odpowiedniego ruchu, ale ponieważ to raczej kwestia czasu postanowiłem sobie sprawę nieco ułatwić. Włączyłem na developerze transfer wyników moich obliczeń z uczelni. Po jakiś 40 minutach nazbierałem około 70 tysięcy pakietów i przystąpiłem do crackowania klucza. bash-3.2# aircrack-ng -a 1 zapis_ruchu.ivs -n 128 Dla porównania tak wyglądał mój wpis odnośnie tego accespointa w pliku wpa_suplicant.conf
# LightnirsAP

network={
 ssid="LightnirsAP"
 key_mgmt=NONE
 wep_key0=345e2f6fcdfde135e9e7d9f4fe
 wep_tx_keyidx=0
 priority=5
}
Ładnie, ładnie - klucz złamany. Skoro ja jako nowicjusz w niecałą godzinę złamałem zabezpieczenia własnej sieci to co dopiero wprawiony w wojennej sztuce penetracji sieci haker mógłby zrobić? Zaczynam się bać.

Securing the net

W pierwszej kolejności za pomocą panelu administracyjnego zmieniłem szyfrowanie sieci na WPA-PSK-TKIP i ustawiłem nowy klucz. Zmieniłem też hasło dostępowe do samego panelu administracyjnego. Oczywiście jak przystało na produkty "Tepsy" podczas zapisu ustawień ruter się zawiesił i trzeba go było zrebootować... Ponieważ na obu maszynach używam wpa_suplicant + autowifi do konfiguracji sieci bezprzewodowej musiałem tylko wprowadzić stosowne zmiany w pliku /etc/wpa_suplicant.conf. Wygodnym narzędziem jest tutaj skrypt wpa_passphrase generujące klucze na podstawie hasła np. truskawka.
bash-3.2# wpa_passphrase LightnirsAP truskawka
network={
        ssid="LightnirsAP"
        #psk="truskawka"
        psk=c0a02ad935c3878facff559837d3f395d999f53d8e6eba5c74f95145066896c8
}
Poniższy wpis dla przykładowego hasła "truskawka" sprawdza się w moim przypadku.
# LightnirsAP

network={
 ssid="LightnirsAP"    
 key_mgmt=WPA-PSK
 pairwise=TKIP
 group=TKIP
 #psk="truskawka"
 psk=c0a02ad935c3878facff559837d3f395d999f53d8e6eba5c74f95145066896c8
 priority=5
}
Dodatkowo włączyłem filtrowanie adresów MAC dla sieci bezprzewodowej - zawsze to dodatkowe zabezpieczenie. Zastanawiam się co można by jeszcze zrobić by zapewnić dodatkowe bezpieczeństwo. W prawdzie obecne zabezpieczenia w zupełności wystarczą, ale zawsze warto dbać o usprawnianie zabezpieczeń sieci, w szczególności tych bezprzewodowych.

wtorek, kwietnia 07, 2009

Drafts

Nie mierzę czasu w konkretnych jednostkach. Dla mnie jest on jak rzeka. Raz płynie szybciej, a raz wolniej. Chciałem wcześniej znów coś "skrobnąć", ale jakoś ostatnio moją uwagę skupiają inne rzeczy związane z uczelnią. Nawet teraz to się nie zmieniło. Gonią mnie terminy, więc będę się streszczał. Nawiązując do poprzedniego wpisu. Humor mi dopisywał, więc trochę znów naszkicowałem. A ponieważ w moim wypadku dużo pomysłów indukowanych jest muzyką tym razem nie było inaczej. Znalazłem sobie pewne zdjęcie Tarji Turunen i przy nucie "Over the Hill" powstał ten szkic. Niestety nie wyszedł tak jak bym chciał. Parę dni później postanowiłem swoich sił na jednym z dzieł Victorii Frances. Muszę przyznać, że ilekroć przechodzę w empiku obok stoiska z posterami zawsze zatrzymuję się przy kopiach jej prac. Ot, taka moja słabość do obrazów upiornych kobiet w długich sukniach... Tej samej nocy jakieś licho skłoniło mnie, by wyciągnąć znów pastele i zamazać nimi coś większego. Dwie prace w jedną noc - to mój osobisty rekord. Dałem się trochę ponieść impresji i tak powstał taki oto portret: Była to raczej zabawa barwą niż dbanie o detal.

Cóż wrzuciłem to co chciałem pora wracać w świat kodów, liczb i programów...

sobota, marca 21, 2009

Wall of inspiration

Lubię się bawić oprogramowaniem i sprzętem elektronicznym, a pomysłów mam sporo. Z domu przywiozłem sobie pewną sprzętową zabawkę, o której wcześniej nie wspominałem, a która wymaga pewnego wykończenia by działała w 100%. No ale o tym innym razem. Ostatnio piszę tutaj zbyt monotematycznie. Jak nie o zabawach w Linuksie to o zabawach z lutownicą. Co za dużo to niezdrowo, dlatego teraz będzie o innym z moich zainteresowań - grafice. Kiedy tworzę jakąś grafikę niezależnie od tego czy jest to grafika komputerowa, czy grafika klasyczna staram się otaczać przedmiotami/obrazami, które pobudzają moją wyobraźnię. W domu na Opolszczyźnie połowa ściany, całe biurko wraz z monitorem były pokryte moim prywatnym źródłem inspiracji. A ponieważ jak mawiają Anglicy przyzwyczajenia umierają ciężko dziś stworzyłem sobie taki oto substytut: Jak widać źródłem inspiracji są dla mnie Bieszczady. Lubię też ten mokry nosek Bubasa i Undy Mariny - fok z helskiego fokarium. Od czasu do czasu lubię sobie pooglądać prace Michaëla Zancana, z których wprost uwielbiam obraz pt. "Home and fairies". Na uwagę zasługuje obraz małego elfa zajadającego się jagódkami. Jest to praca pt. "Wonder" autorstwa Dżordana, jednego z najbardziej znanych grafików polskiej demosceny nota bene będącego Opolaninem. Poszperałem trochę i wydobyłem z otchłani sieci trochę starszy z nim wywiad z którego dowiedziałem się m.in. jakich artystów podziwia oraz skąd czerpie pomysły na swoje prace. To kocham w obecnej epoce cyfrowego morza informacji - szybkość za jaką można się dowiedzieć skąd rodzą się pomysły w głowach osób, które podziwiamy. Odpowiedź na to pytanie jest jednak ponadczasowa - przychodzą za sprawą odpowiedniej muzyki. W moim przypadku też nie jest inaczej co też czasem widać po tytułach postów. Postanowiłem posłuchać piosenki "Smak i Zapach Pomarańczy" przy której powstała praca o tym samym tytule. Efekt słuchania tego utworu w pętli był dość... inspirujący. Dostałem tak dobrego humoru, że głupawka nie opuszczała mnie przez dobre cztery godziny. Hmm, weekend się dość ciekawie zaczyna ]:)

Tararam tararam tararam...

sobota, marca 14, 2009

/var/log/temperatura.log

Obecny tydzień zrobiłem sobie niejako wolne i odwiedziłem rodzinę. Plan był taki by wypocząć, odwiedzić znajomych i popracować trochę w domowym zaciszu nad pracą badawczą popijając kawę. Plan się rypnął. To człowiek jedzie te 680 km z Gdańska na Opolszczyznę tylko po to by się rozchorować i zdenerwować. Ale może tak po kolei. Przed moim wyjazdem mieliśmy problemy z klimatyzacją w wydziałowej serwerowni. Jak klima świrowała to klaster generował taką ilość ciepła, że temperatura skakała do 44 °C. Jakby wstawić jeszcze lampy UV, leżak i podawać koktajle w łupinach kokosów to można by nabrać klimatu wysp Bahama... W każdym razie powstał projekt monitoringu temperatury w serwerowni. Korzystając z mojego offtime'u postanowiłem zbudować stosowny sensor temperaturowy w oparciu o mikrokontroler DS18B20. Głównie opierałem się na tej stronie. Wybierając się rowerem do dziadków zahaczając o sklep elektroniczny. Jak na polską marcową aurę oczywiście padało i wiało. Jak można się domyśleć rozchorowałem się już następnego dnia.
- Spisujecie głupoty z internetu, a potem dziwicie się, że nie działa... Takiej diody nie ma. Dla Diody Schottky'ego zawsze podaje się, oprócz napięcia, moc... Kabel telefoniczny jak sama nazwa wskazuje nie służy do transmisji danych tylko do innych celów... Na czujniki to tym bardziej kabel powinien być ekranowany. Bierzesz Pan ekran i podłączasz do masy i działa...

Co ja się nasłuchałem przy zakupie tych części. Miałem ich tylko trochę na liście, a w sklepie przesiedziałem dłużej niż w kolejce za chlebem. Nie twierdzę, że pozjadałem wszystkie rozumy. Wystarczy mi tytuł magistra chemii oraz fakt, że znam się co nieco na programowaniu i systemach unixowych. Przytaknąłem milcząco głową i z pokorą przyjąłem te informacje wychodząc z sklepu z portfelem lżejszym o trzy dychy. Tego samego wieczoru przystąpiłem do zabawy z lutownicą i skleciłem taki oto układzik: Moje pierwsze próby sensora opóźniły jednak choroba oraz rodzina/sąsiedzi. Informatyk się zjawi raz na parę miesięcy i od razu do niego ludzie lgną ze swoimi pseudo-problemami jak muchy do lepu. A to siostra ma problemy z reinstalacją swojej Wingrozy. A to sąsiad ma problem z włączeniem nowo zakupionego laptopa (tak, to prawda - niektórzy jeszcze nie słyszeli o hibernacji...). A to matka ma problem z wypaleniem płyty pod Ubuntu. Ach... Ostatnią rzeczą jaką chcę robić w gorączce to grzebać przy czyimś komputerze (memo na przyszłość - zamówić sobie taki T-Shirt, koniecznie po polsku). Wracając do pomiaru temperatury - użyłem programu digitemp.
# ./digitemp_DS9097 -q -s /dev/ttyS1 -a -n0 -d30 -o "%Y/%m/%d/%H:%M:%S %.2C" -l /var/log/temperatura.log & Pierwsze wyniki wyglądały tak: Zdziwiły mnie te nagłe skoki temperatur. Zakłócenia elektromagnetyczne raczej mogę wykluczyć, bo ekranowanie podłączyłem do masy. Poza tym w pobliżu nie było takiej ilości źródeł zakłóceń. Zabezpieczyłem, więc czujnik przed wilgocią używając gorącego kleju i taśmy izolującej (teraz wystaje tylko sam czubek mikrokontrolera). Powtórzyłem pomiar przez dwie doby i tym razem takich skoków nie było. Przy okazji nauczyłem się trochę gnuplota i odświeżyłem pisanie skryptów w Pythonie. Wyniki wyglądają obiecująco:
Już nie mogę się doczekać, by przetestować to w "warunkach polowych" tj. wydziałowej serwerowni ]:)

niedziela, marca 01, 2009

Have you ever seen the rain?

Czasem grywam sobie w grę pamięciową, którą nazwałem UWA(skrót od "utwór, wykonawca, album?"). Jak sama nazwa wskazuje gra polega na podaniu tytułu, wykonawcy i ewentualnie albumu utworu który się właśnie słyszy. Można w to grać w supermarkecie, siedząc przy komputerze, jadąc samochodem, będąc w urzędzie... Im bardziej niespodziewane miejsce i czas, tym trudniej sobie przypomnieć. Z biegiem lat zapamiętałem naprawdę sporo utworów, ale ciągle zaskakuje mnie jak jedna piosenka jest w stanie w jednej chwili całkowicie odmienić mój nastrój. Poniekąd to przez granie w UWA, dzięki któremu z pewnymi utworami wiążę dodatkowo wydarzenia z mojego życia. Na przykład nie mogę słuchać Sunshine reggae. Utwór jest dla mnie spaczony chwilą z balu maturalnego, kiedy uświadomiłem sobie moje złudne nadzieje co do dziewczyny w której się zauroczyłem. Ain't It Funny katapultuje mnie do dnia 14 lutego 2003. Pamiętam, że to był piątek. Pamiętam mulinowego konika galopującego o zachodzie po plaży. Angels przypomina mi styczniową noc... Już raz to przerabiałem i wolę do tych wspomnień nie wracać. Gdy słyszę Jah jest prezydentem i Policeman'a wracają szalone noce w Kościelisku i Ciążeniu... Dziś natknąłem się na ten utwór:
Mam co do niego ambiwalentne uczucia oraz nieodparte wrażenie, że słyszałem go już wcześniej, ale nie potrafię sobie przypomnieć w jakich okolicznościach. Poza tym słowa piosenki skłoniły mnie do drobnej autoanalizy psychologicznej. Wiem, że środek nocy to raczej kiepska pora na takie dywagacje, ale nasunęło mi się pewne pytanie. Ostatnio nawet pewna grupka moich znajomych tutaj często zagląda, dlatego chciałbym skorzystać z tego i znaleźć odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Jako jaką osobę mnie postrzegacie - introwertyka, czy ekstrawertyka? Wypowiedzcie się proszę anonimowo w komentarzach.

środa, lutego 18, 2009

The screen behind the mirror

Jeszcze nie napisałem ani jednego zdania, a już wiem, że ten post będzie wyjątkowo długi za sprawą outputów z konsoli. Zaczynam się nie wyrabiać z tempem dokumentowania moich zabaw na Armadzie. Mam zamiar postawić na tym laptopie jakiegoś Linuksa, ale ponieważ system w obecnej konfiguracji jest sprawny postanowiłem użyć trochę "linuksowej czarnej magii" do stworzenia obrazu całego dysku na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Zabrałem więc się do ponownego rozkręcania laptopa wyciągając moduł dyskowy. Najbardziej męczące w rozkręcaniu są śruby, których gwint ma dość dziwną konstrukcję. Ale odrobina samozaparcia i stoickiej cierpliwości, a udało się wydobyć dysk. Na ten dzień pożyczyłem sobie od kolegi mostek USB 2.0 na SATA/IDE 2,5" 3,5". Fajna zabawka pozwalająca na trzymanie "zgrabnego 650GB pendrive'a" ]:) Ja jednak jej użyłem do podpięcia laptopowego dysku pod keepera, moją zakładową maszynę na której mam postawionego Archlinuksa. Pierwszy raz bawiłem się takim gadżetem i w dodatku pod pingwinem, więc pracę rozpocząłem od standardowego sprawdzenia jako root, czy wszystko działa jak powinno.
[lightnir@keeper ~/]$ su
The Evil One> lsusb
Bus 005 Device 006: ID 152d:2338 JMicron Technology Corp. / JMicron USA Technology Corp. JM20337 Hi-Speed USB to SATA & PATA Combo Bridge
Bus 005 Device 001: ID 1d6b:0002
Bus 004 Device 001: ID 1d6b:0001
Bus 003 Device 001: ID 1d6b:0001
Bus 002 Device 002: ID 046d:c018 Logitech, Inc.
Bus 002 Device 001: ID 1d6b:0001
Bus 001 Device 002: ID 046d:c312 Logitech, Inc.
Bus 001 Device 001: ID 1d6b:0001
The Evil One> fdisk -l

Disk /dev/sda: 160.0 GB, 160041885696 bytes
255 heads, 63 sectors/track, 19457 cylinders
Units = cylinders of 16065 * 512 = 8225280 bytes
Disk identifier: 0x00000000

   Device Boot      Start         End      Blocks   Id  System
/dev/sda1   *           1          24      192748+  83  Linux
/dev/sda2           19093       19457     2931862+  82  Linux swap / Solaris
/dev/sda3              25       19092   153163710   83  Linux

Partition table entries are not in disk order

Disk /dev/sdb: 4099 MB, 4099866624 bytes
128 heads, 63 sectors/track, 993 cylinders
Units = cylinders of 8064 * 512 = 4128768 bytes
Disk identifier: 0xbdd2bdd2

   Device Boot      Start         End      Blocks   Id  System
/dev/sdb1   *           1         993     4003744+   c  W95 FAT32 (LBA)
A więc sprzęt działa i laptopowy dysk jest widoczny jako /dev/sdb. Przystąpiłem więc do stworzenia obrazu dysku używając do tego uniksowego polecenia dd.
The Evil One> dd if=/dev/sdb of=/obraz.img
8007489+0 przeczytanych recordów
8007489+0 zapisanych recordów
skopiowane 4099834368 bajtów (4,1 GB), 460,754 s, 8,9 MB/s
Jak widać trwało to dobre 8 minut. Zanim od montowałem laptopowy dysk sprawdziłem jeszcze informację od którego sektora zaczyna się partycja.
The Evil One> fdisk -ul /dev/sdb

Disk /dev/sdb: 4099 MB, 4099866624 bytes
128 heads, 63 sectors/track, 993 cylinders, total 8007552 sectors
Units = sectors of 1 * 512 = 512 bytes
Disk identifier: 0xbdd2bdd2

   Device Boot      Start         End      Blocks   Id  System
/dev/sdb1   *          63     8007551     4003744+   c  W95 FAT32 (LBA)
Teraz trochę matematyki 63 sektorów na ścieżkę × 512 bajtów na sektor = 32256. Według tutoriala, którego wtedy używałem taki właśnie offset powinna mieć pierwsza partycja na dysku. Zabrałem się więc do próby zamontowania utworzonego obrazu dysku w celu sprawdzenia jego poprawności.
The Evil One> mkdir /mnt/dysk
The Evil One> mount -o loop,offset=32256 -t vfat obraz.img /mnt/dysk
mount: could not find any device /dev/loop#
Hmm, pierwsza niespodzianka - loop device nie istnieje. Nie wiem jak jest w innych dystrybucjach, ale w tym momencie się dowiedziałem, że w dystrybucji Archlinux trzeba załadować stosowny moduł.
The Evil One> modprobe loop
The Evil One> mount -o loop,offset=32256 -t vfat obraz.img /mnt/dysk
mount: wrong fs type, bad option, bad superblock on /dev/loop0,
       missing codepage or helper program, or other error
       In some cases useful info is found in syslog - try
       dmesg | tail  or so
The Evil One> dmesg|tail
FAT: Directory bread(block 15658) failed
FAT: Directory bread(block 15659) failed
FAT: Directory bread(block 15660) failed
FAT: Directory bread(block 15661) failed
FAT: Directory bread(block 15662) failed
FAT: Directory bread(block 15663) failed
FAT: Directory bread(block 15664) failed
FAT: Directory bread(block 15665) failed
FAT: bogus number of reserved sectors
VFS: Can't find a valid FAT filesystem on dev loop0.
ok, druga niespodzianka. Co jest grane? Jak to nie ma systemu plików skoro go dopiero przed chwilą zgrywałem? Wgryzłem się w czytanie manuala jak to jest z montowaniem obrazów dysków. Istotna jest w tym momencie wiedza, w którym miejscu zaczyna się partycja, bo przecież można mieć obraz dysku zawierającego wiele partycji. Mnie się wydawało, że partycja powinna się zaczynać przy offsecie 32256, czyli bezpośrednio po tablicy FAT. Obraz nie montował się poprawnie ponieważ myliłem się co do offsetu. Na szczęście udało mi się zastosować "brudne rozwiązanie" - skrypt shellowy.

forcemount.sh(Toggle Plain Text)

1
2
3
4
5
#!/bin/bash

for ((i=0 ; $i < 40000 ; i=$i + 1)) ; do
    mount -o loop,offset=$(($i * 512)) -t vfat obraz.img /mnt/dysk && break
done
The Evil One> ./forcemount.sh
The Evil One> mount|grep obraz.img
/obraz.img on /mnt/dysk type vfat (rw,loop=/dev/loop0,offset=0)
The Evil One> cd /mnt/dysk
The Evil One> ls -l
razem 71400
-rwxr-xr-x  1 root root      416 sty  4  1980 LEGO Creator Knights Kingdom Error Log_0.log
drwxr-xr-x  4 root root     4096 cze 15  2002 Moje dokumenty
drwxr-xr-x  3 root root     4096 cze 15  2002 Multimedia Files
drwxr-xr-x 26 root root     4096 cze 13  2002 Program Files
-rwxr-xr-x  1 root root      278 sty  6  1980 autoexec.bat
drwxr-xr-x  2 root root     4096 gru  7  2005 boot
-rwxr-xr-x  1 root root    22714 sty  4  1980 bootlog.prv
-rwxr-xr-x  1 root root    22968 sty  4  1980 bootlog.txt
-rwxr-xr-x  1 root root    95764 lis 12  1996 command.com
drwxr-xr-x  3 root root     4096 cze 15  2002 compaq
-rwxr-xr-x  1 root root      100 sty  6  1980 config.sys
-rwxr-xr-x  1 root root      636 cze 15  2002 detlog.old
-rwxr-xr-x  1 root root    68890 sty  4  1980 detlog.txt
-rwxr-xr-x  1 root root     5412 gru 13  2005 ffastun.ffa
-rwxr-xr-x  1 root root    65536 gru 13  2005 ffastun.ffl
-rwxr-xr-x  1 root root    53248 gru 13  2005 ffastun.ffo
-rwxr-xr-x  1 root root   516096 gru 13  2005 ffastun0.ffx
-rwxr-xr-x  1 root root     4096 sty  4  1980 file0001.chk
drwxr-xr-x  7 root root     4096 lut  2  2003 fp6
-r-xr-xr-x  1 root root 19024896 cze 15  2002 hibrn8.dat
-r-xr-xr-x  1 root root   214836 lis 12  1996 io.sys
drwxr-xr-x  2 root root     4096 mar  6  2004 janusz
-rwxr-xr-x  1 root root 51200000 gru  9  2005 linux.swp
-rwxr-xr-x  1 root root   129078 lis 12  1996 logo.sys
drwxr-xr-x  4 root root     4096 lip 14  2003 misc
drwxr-xr-x  3 root root     4096 gru 20  2002 monika
-rwxr-xr-x  1 root root       22 cze 13  2002 msdos.---
-r-xr-xr-x  1 root root     1641 sty  6  1980 msdos.sys
-rwxr-xr-x  1 root root      742 cze 13  2002 netlog.txt
-rwxr-xr-x  1 root root    34304 lis 10  2002 plan.doc
drwxr-xr-x  2 root root     4096 cze 15  2002 recycled
-rwxr-xr-x  1 root root    54097 cze 13  2002 setuplog.txt
-r-xr-xr-x  1 root root     5166 cze 13  2002 suhdlog.dat
-r-xr-xr-x  1 root root  1479672 cze 15  2002 system.1st
drwxr-xr-x  2 root root     4096 maj  1  2003 wchf
drwxr-xr-x 43 root root    12288 cze 13  2002 windows
drwxr-xr-x  4 root root     4096 cze 18  2002 ~mssetup.t      
A więc offset pierwszej partycji wynosił 0, a nie 32256 jak mi się początkowo wydawało. Jak widać obraz się zamontował i widoczna jest zawartość "dysku c". Teraz pozostaje mi zastanowienie się jakiego Linuksa wybrać do postawienia na tym laptopie oraz jak go w ogóle tam zainstalować? Może ktoś ma jakieś sugestie odnośnie dobrej dystrybucji?

poniedziałek, lutego 16, 2009

Drawbridge

Nie znoszę poniedziałków. Pewnie dlatego, że w poniedziałek dopada mnie po-niedzielny kac ]:) Ogólnie to chodzę ospały, wyczerpany, a mój mózg działa w trybie "passive thinking". Na domiar złego zaczął się nowy semestr, więc dzisiejszy poniedziałek musiałem przeboleć dwa wykłady na których walczyłem ze snem. Dwie kawy i energy drink zbytnio mi sprawy nie ułatwiły. No dobrze, skoro już sobie po marudziłem pora opisać jakie postępy poczyniłem w "projekcie Armada", czyli moich zabawach z laptopem Compaq Armada 4120. Dziś udało mi się zrobić w zasadzie dwie rzeczy. Po pierwsze jak już tytuł posta na to wskazuje "forteca Armada" doczekała się zwodzonego mostu, który łączy ją ze światem zewnętrznym. Po drugie użyłem trochę linuksowej czarnej magii by stworzyć obraz fortecy. Z braku czasu chwilowo opiszę tylko moje pierwsze dokonania, bo drugie wymaga zebrania i przetworzenia sporej liczby danych dokumentacji moich poczynań.

Instalacja zwodzonego mostu w fortecy, czyli wireless i inne takie tam...

Jak już wcześniej pisałem postanowiłem zmusić bezprzewodową "pcimcię" do działania na tej Armadzie. Konkretnie to jest to model Netgear MA401. Pracy trochę z tym było. Po pierwsze sterownik do twej karty pod Windows 95 musiałem wgrywać używając do tego 3 dyskietek. Po drugie instalacja sterowników do czegokolwiek pod Windows 95, jak zapewne co niektórzy informatycy dość dobrze pamiętają, nie jest tak intuicyjna jak chociażby pod 98 czy XP. Przede wszystkim potrzebne pliki system ciągle chciał instalować z płyty instalacyjnej, a trzeba było za każdym razem ręcznie wskazać katalog ze sterownikiem. Ale w końcu sprzęt zaczął działać poprawnie. Walka ze sprzętem okazała się łatwiejszą częścią całego procesu podłączania do sieci. Pamięta ktoś jeszcze reklamę Windows 95? Rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Zamiast reklamowego "Start connecting" w rzeczywistym świecie jest "Start configuring. Start troubleshooting. Start complaining". W moim osobistym odczuciu każdy Windows to całkiem ładny system jako desktop, ale z chwilą kiedy chce się go zmusić do działania w sieci zaczynają się dziać "dziwne rzeczy", momentami zahaczające o czarną magię. Przykład? Proszę bardzo: Próbowałem różnych rzeczy łącznie z tymi radami pomocy technicznej MS. Przyczyna błędu okazała się tak absurdalnie prosta, że potrzebowałem sporo czasu zanim sobie ją uświadomiłem. Po instalacji karty system przydzielił jej protokół IPX/SPX zamiast protokołu TCP/IP na którym teraz właściwie śmiga cały internet. Po zamianie protokołów mogłem już pingować lokalhosta. Ba, accespoint przydzielił odpowiedni numer IP, który też dało się pingować. I na tym się skończyło "hurra", bo poza bramy APka nie mogłem się połączyć. Pomyślałem, że to może wina konfiguracji połączenia z zabezpieczoną siecią. Po licznych próbach z kluczem do tego APka wkurzyłem się, odłączyłem zasilacz i przemaszerowałem w zasięg otwartej sieci bezprzewodowej jaka znajduje się na Wydziale Chemii UG. I tu niespodziewanie zadziałało bezproblemowo. Przyznam się, że w konfiguracji sieci bezprzewodowej ciągle nie jestem za dobry, ale jak na moje skromne rozumowanie to ten poprzedni APek z którym bezskótecznie próbowałem się połączyć używa szyfrowania WPA. Sterownik tej karty pod win95 pozwala jedynie na połączenia nieszyfrowane oraz połączenia z szyfrowaniem WEP. Nie napawa mnie to optymizmem, że WPA nie działa, bo większość sieci bezprzewodowych właśnie w ten sposób jest obecnie zabezpieczana (i słusznie). No, ale przynajmniej internet teraz zadziałał. Korzystając z jego dobrodziejstw pobrałem od razu kilka programów, by zobaczyć czy można na tej maszynie jeszcze sensownie pracować. Pierwszym był Putty i tu nie było niespodzianek. Połączenie do mojej maszyny działało jak ze snu. Drugą rzeczą jaką chciałem sprawdzić to używalność multimedialna. Pobrałem sobie mój ulubiony kawałek Joakima Back'a i rozpocząłem poszukiwanie odpowiedniego odtwarzacza mp3. Niestety windowsowa wersja MPlayera nie chciała działać ze względu na brak bibliotek. Spróbowałem więc najczęściej wybieranego odtwarzacza pod Windowsem - Winamp w wersji 2.97. Jak widać na poniższym zdjęciu można jeszcze coś z tego sprzętu wykrzesać korzystając z fabrycznych 16MB ramu.

sobota, lutego 14, 2009

Valentine's Day

Znów przyszły walentynki. Mnie jednak na amory jakoś specjalnie nie bierze. Może to przez wczorajszą wizytę u stomatologa po której jeszcze odczuwam lekkie mrowienie w żuchwie? W każdym razie jak na komercyjną okazję sieć roi się od propozycji walentynkowych prezentów, dobrych rad na udany wieczór itp. Poszperałem trochę i znalazłem na www.geeksaresexy.net coś co mnie osobiście rozbawiło. Tak informatyk wyznaje miłość: Więcej propozycji na informatyczny prezent walentynkowy można znaleźć tutaj. A jak już jestem przy informatykach to chciałbym dziewczyną, które jeszcze tego nie wiedzą (ale pewnie dużo już wie) pokazać, że informatyk to całkiem niezła partia. Ciekaw jestem jakie są zalety chemika. Zapytałem google i raczej znalazłem tylko odpowiedzi na pytania "X powodów dla których ": a) warto mieć chłopaka b) nie warto mieć chłopaka c) warto mieć gładkie nogi itd. Niemożliwe, żeby żadna dziewczyna nie widziała plusów posiadania chemika jako chłopaka. To ja w takim razie dodam kilka zalet od siebie.
Oto 10 powodów dla których warto umawiać się z chemikiem:
  1. Z chemikiem każda randka to nowe doświadczenie.
  2. Chemik zawsze doradzi jakie tabletki przeciwbólowe kupić, bo zawsze czyta skład na opakowaniu.
  3. Chemik-syntetyk to z definicji dobry kucharz, bo lubi sobie coś upichcić i tak dla odmiany pozwolić na oblizanie łyżki.
  4. Chemik będzie zawsze podziwiał twoją fryzurę (loki to dla niego α-heliksy, falowane to β-kartki, a niepoukładane to cudowne kłębki statystyczne).
  5. Chemik jest prawie tak samo zaradny jak McGuyver. Na wypadek rozbicia na bezludnej wyspie, będzie znał kilkanaście sposobów na wzniecenie ognia z samolotowej apteczki.
  6. Przy chemiku nigdy nie będziesz już więcej musiała kupować zmywaczy do paznokci.
  7. Chemik-analityk zawsze doradzi ci podczas zakupów ubrań i biżuterii (od ciągłego miareczkowania jest w stanie rozróżnić drobne różnice w barwach, których inni mężczyźni nie widzą, a zawartość złota w kolczykach jest w stanie określić z odległości 10 m).
  8. Chemik w białym fartuchu jest równie sexy jak George Clooney w "Ostrym dyżurze"
  9. Dla chemika zawsze będziesz pięknie pachnieć (zmysł powonienia dawno stracił od zapachów laboratorium).
  10. Chemik wie jak sprawić byś stopniała w jego ramionach.

środa, lutego 11, 2009

Over the moat

Dziś miałem owocny dzień. Ale zacznę może od zdjęcia, które powie więcej niż 1000 słów. Przeprawiłem się przez fosę i stoję przed murami fortecy "Armada". Jak już pisałem w poprzednim poście ostatnio bawię się w reanimację laptopa Compaq Armady 4120. Dziś odlutowałem eeprom z płyty głównej za pomocą lutownicy kupionej w Castroramie. Wydatek chybiony, bo jak się okazało podczas poszukiwania przedłużacza na ZMM znalazłem w szafce jakąś chyba sprawną lutownicę ruskiej produkcji. God Damn it! 3 piwa w plecy... Anyway. Cała operacja przypominała raczej zabieg chirurgiczny wykonywany scyzorykiem zamiast skalpela. Pomijając profesora to byłem jedynym facetem w pokoju okrążony przez 3 doktorantki, które między sobą robiły zakłady, że komputer w ogóle przestanie działać po tej mojej operacji.
(M): Założę się, że już nie piśnie jak skończysz.
(E): Pewnie piśnie, ale poleci z niego dym i wtedy się dopiero uciszy.
(L): Ojej. Podchodzicie do komputerów jakby to była jakaś świętość. Zwyczajna maszyna.
(S): Tak, maszyna która kosztuje dwa tysiące.
(L): Nie. Maszyna, która ma dwa tysiące części po złotówce, a ja właśnie taką wymieniam.
Tak wygląda 5×6.2mm nieszczęście, którą wyciągnąłem z głębin płyty głównej. Po podmianie i ku zdziwieniu wspomnianych doktorantek maszyna po włączeniu zasilania odżyła ochoczo wywalając błędy biosa. Ale tym razem nie pojawił się monit "Power-On Password:". Yes, yes, yes. Podobno w tej chwili wydawałem z siebie jakiś psychopatyczny śmiech, ale tak twierdzą tylko obecne w pokoju doktorantki i ich opinie raczej średnio pokrywają się z rzeczywistością. Wracając do tematu. Potem pojawił się komunikat o tym, że nie można znaleźć pliku hibernacji i należy ponownie włączyć komputer. Po restarcie włączył się scandisk i po naprawie jednego pliku zaczął się bootować system. Ostatni raz to ja taki ekran chyba widziałem na informatyce w liceum na starszej jednostce, na której miałem (nie)szczęście pracować: Co ciekawe wszystko wydaje się być całkowicie sprawne. Owszem możliwości sprzętowe w obecnych czasach nie powalają, ale nie z tego powodu tak mnie ten komputer zainteresował. Mam wrażenie jakbym wykopał kapsułę czasową gdzieś z ziemi i zobaczył jak wyglądał świat ponad 10 lat temu. Wszystko zostawiona tak jakby to przed chwilą ktoś wyłączył. Zegar systemowy wskazał 0:03 kiedy zobaczyłem pierwszy z brzegu dokument tekstowy. I tu nastąpił szok, gdy ujrzałem całkiem ładny render wklejony do Worda: Powyżej są jakieś wyniki obliczeń konformacyjnych dla adeniny... Nostalgia w czystej postaci. Rozejrzałem się trochę po dysku. I tutaj następna niespodzianka. Wygląda na to, że komputer miał dual-boota, bowiem znalazłem katalog boot z obrazem kernela linuksowego. Ba, na dysku C jest plik wymiany, ale możliwe że pochodzi też z windows 95. Postanowiłem podłączyć tą samotną fortecę z siecią. Przeszedłem się po zakładzie od drzwi do drzwi z prośbą "Daj Pan kartę wireless PCMCIA jeśli łaska". I takowa "pcimcia" się znalazła. System ją "widzi", ale z jakiegoś powodu nie do końca współdziała ze sterownikiem. A propos sterownika. Z tym też były cyrki, bo jak tu przenieść dane na fortecę? Dookoła same nowoczesne sprzęty - monitory widescreen, usb 2.0, wifi..., ale gdzie tu wziąć stację dyskietek? Całe szczęście znalazła się Fedora na której miałem konto. Trochę biegania było, ale sterownik już jest. Tyle, że coś konfliktuje ]:( Po podłączeniu laptopa do stacji dokującej pomyślałem, że przecież można dane wgrywać przez cdrom znajdujący się w stacji. No, ale to już inna bajka...

wtorek, lutego 10, 2009

"The Armada Fortress"

Parę dni temu podczas robienia porządków znajomi znaleźli bardzo stary i dziwny laptop. Cegła to niesłychana, a ponieważ nie wiadomo co to dokładnie jest i czy jest sprawne dali mi do przejrzenia. Takim oto sposobem znalazłem sobie coś do zabawy w chwilach kiedy czekam na wyniki dynamiki molekularnej liczonej na klastrze. Już na pierwszy rzut oka wiedziałem czemu to takie grube jest - laptop był połączony ze stacją dokującą. Ba, sam bez stacji posiada uchwyt w którym jest bateria i można go nosić jak walizkę. Po wygooglowaniu hasła "Compaq Armada 4120" miałem już mniej więcej parametry techniczne. "Procesor 266 MHz, dysk 4 GB, 64 RAM, matryca 13.9 cala". Aż mi łezka nostalgii stanęła w oku, bo to "coś" jest lepsze od mojego pierwszego komputera. Podpiąłem zasilacz, wcisnąłem przycisk Power i w napięciu oczekiwałem na reakcję. Mrok matrycy zmienił się w odcień szarości, po czym ochoczo popłynęła seria fosforycznych numerków. 16384 KB. Dawno nie czułem takiego entuzjazmu z powodu dźwięku "bip-bip" połączonego z komunikatami błędów BIOSa. It's alive! Po tylu latach jeszcze się uruchamia. Mój entuzjazm zgasił jednak następny komunikat: "Power-On Password: ". Od komputerów z hasłem do biosa, bardziej irytujący są tylko właściciele komputera z hasłem do biosa, którzy zapomnieli jakie jest hasło. Po cóż są zabezpieczenia komputerowe, jeśli nie po to by się z nimi mierzyć? Zabrałem się więc do dobierania do płyty głównej licząc na to, że jak w każdym komputerze, będzie zworka to przywrócenia ustawień fabrycznych. Mój pierwszy komputer miał więcej zworek niż kondensatorów. Ten compaq o dziwo nie ma ani jednej! Co począć? Sporo czasu mi zajęło sprawdzenie rad znalezionych w sieci, kiedy natknąłem się na informację, którą zdają się potwierdzać obserwacje. Hasło jest zapisywane w eepromie na płycie głównej. Czyli żeby złamać hasło trzeba odlutować chip, go przeprogramować lub odczytać je programatorem, a następnie wlutować z powrotem. Inna opcja to podmiana wspomnianego chipu na fabrycznie czysty i tę opcję mam zamiar w najbliższym czasie wypróbować. Stosowny eeprom dziś zakupiłem, więc może coś z tego wyniknie. W każdym razie z tutejszym administratorem sieci doszliśmy do wniosku, że skoro laptop nie ma żadnych interfejsów sieciowych i ma tak zabezpieczonego biosa to jest on jak taka forteca nie do pokonania. Ciekaw jestem, czy uda mi się pokonać fosę...